
Łączenie desek na jaskółczy ogon

Obecnie w dobie industrialnej, stawia się na prostotę i taniość. Widzimy to w każdej dziedzinie życia. Czasami mam wrażenie, że wszystko, z wyjątkiem papieru toaletowego, jest z każdą nową serią prostsze, i co za tym idzie bardziej tandetne. Przemysłowy świat, który spłaca jakiś paranoiczny haracz akordową produkcją obrasta w brzydotę.
Niestety nie omineło to również stolarstwa. Często nawet ładne produkty mają brzydkie, wręcz szpetne łączenia z metalu lub plastiku. A przecież wcale tak być nie musi. Łączenie dwóch deseczek, dwóch boków szuflady, kontenerka, czy każde inne może samo w sobie być mini dziełem sztuki. Jednym ze sposobów jest tak zwane łącznie na jaskółczy ogon. Nazwa nawiązuje do kształtu wpustek i wypustek łączonych elementów, które przypominają ogon jaskółki. Tak połączone dwa boki zazębiają się tworząc piękny wzór. I nie jest to tylko sztuka dla sztuki. Takie łączenia są nieporównywalnie trwalsze od łączeń na kołki, konfirmaty, czy kształtki. Praktycznie dobrze wykonane łączenie na jaskółczy ogon, po spasowaniu nie wymaga nawet klejenia - idealnie spasowane i trapezowo zazębione jest nierozerwalne.
Ale przede wszystkim jest piękne. Będąc świadomy tych dwóch cech: piękna i trwałości zastanawiam się dlaczego ta technika łączenia jest tak mało popularna. Fakt wymaga większej ilości czasu ale nie jest to aż tak duża różnica, by stanowiła przepaść technologiczną. Myślę sobie, że stolarze zapomnieli o niej po prostu pędząc gdzieś owczym pędem.
Na szczęście nie wszyscy.
https://www.designerofdreams.pl/blog.html?start=418#sigProGalleria35fc47ed1a
Wczoraj wołały do mnie nieme łabędzie
Wczoraj z rana byłem wołany przez nieme łabędzie.
Na chwilę znalazłem się w świecie Ariadny.
Na chwilę zauroczony wołaniem niemych łabędzi zostałem oderwany od brudów i hałasów teraźniejszości
Byłem przyzywany przez piękno
Ale zimno poranka mnie sprowadziło do Bromberga XXI w.
nieme łabędzie
wodując, cię wołają
ta chwila gdzieś szła

Emmanuel Fremiet, Pałac Kawlerów - kiedy powrót rzeźb
Właśnie otrzymałem z Pałacu Kawalerów taką informację:
Informuję, że rzeźby zostały zabrane do renowacji na zlecenie Urzędu Gminy Świerklaniec.Przewidywalny termin końcowy prac to maj 2014 roku
Tak więc do maja - jest nadzieja - określi precyzyjnie, że to ten najbliższy maj - tegoż nowiutkiego roku. Pozostaje nam czekać.
A poniżej nie publikowane dotąd zdjęcie 'potworka' z Fontanny z Gracjami

Pałac Kawalerów obok rzeźb Emmanuela Fremiet
Pisząc o Emanuelu Fremiet wspomniałem o Pałacu Kawalerów. W parku tegoż pałacu stoją (a dokładniej niektóre powinny stać - gdyż aktualnie są w Katowicach poddawana renowacji) rzeźby francuskiego rzeźbiarza.
Pałacyk pełni obecnie funkcję przytulnego, stylowego hoteliku. Nie chcę tu robić krypto reklamy. Tak więc tylko skupimy się na doznaniach artystycznych szczęśliwych bywalców. A te najlepiej oddadzą zdjęcia:

https://www.designerofdreams.pl/blog.html?start=418#sigProGalleria3070c764a1
Wspaniały Emmanuel Fremiet w Polsce - ciąg dalszy
long long time ago obiecałem, że wrócę do Fremieta na Śląsku
Tak więc wracam. Niestety rzeźby zwierząt nadal są w Katowicach. OK oby przedłużająca się renowacja miała ten plus, że będzie dokładna i rzetelena.
Tymczasem publikuję zdjęcia Fontany z Gracjami i Masztu - tych dzieł Emmanuela, które zastaliśmy jesienią.
Fontanna z Gracjami:
https://www.designerofdreams.pl/blog.html?start=418#sigProGalleriaacad8653dd
Maszt (Przywieziony w całości z Paryża w drugiej powłowie XIX wieku):
https://www.designerofdreams.pl/blog.html?start=418#sigProGalleria61d533a1de
Więcej...
Wspaniały Emmanuel Fremiet w Polsce
Gdy po raz pierwszy spojrzałem tym koniom prosto w ich pyski świat przez chwilę przestał istnieć. Cała rzeźba ożyła. Konie popędziły w swym szaleńczym trudzie. Prychały, rżały i całą machinę swoich mięśni wykorzystywały na maxa by wybiedz z wody. Zdesperowane jakby wystraszone tonią, głębiną wyszarpywały się ze zbiornika. Stałem wtedy oko w oko z końmi Emmanuela Fremieta z fontanny Obserwatorium. I tak stojąc, uczestnicząc w tym 'filmie', pomyślałem sobie, że Fremiet to jeden z rzeźbiarzy reżyserów. Jeden z rzeźbiarzy, którzy nie tylko wydobywają z materii nieożywionej ruch – bo to za mało – ale też całą ekspresję emocji, wysiłku, pogoni, zawziętości i walki. Kipiel fontanny nie była w stanie powstrzymać szarży rumaków. A jednak nadal tam stoją i są tylko martwym brązem. Martwa rzeźba, ale w mojej pamięci zawsze odtwarzana jako dynamiczny, pełen dramatyzmu film. Żółwie smagają konie batami wody, delfiny chyba pomagają, a rumaki się szamocą. Woda fontanny szaleje jak w wodospadach Chorwacji.


Od tamtego spotkania z Fremietem minęło już trochę czasu ale niezmiennie uważam właśnie tego artystę za najlepszego animalistę. Jest reżyserem zwierzęcych rzeźb. Cain czy Barye nie są gorsi, ale są inni. Są świetnymi realistami. Ale Fremiet jest reżyserem. On nakazuje swym zwierzętom – grać wyznaczone im role. Nigdy nie pozwolił im tylko biernie stać w wymyślnej pozie imitującej ruch. On je zmusza, żeby przed każdym świadomym obserwatorem na nowo wytężały siły i tryskały wysiłkiem.
I muszę się przyznać, że dopiero w tym roku odkryłem, że ten wspaniały Fremiet 'reżyserował' też dla Polski. I jego bohaterowie tu właśnie 'grają'. Niedaleko Tarnowskich Gór w Świerklańcu, w parku obok Pałacu Kawalerów można przeżyć kolejne projekcje.
Na koniec września tego roku pojechaliśmy tam. Fontanna z gracjami 'gra'. Trzy piękne obnażone kobiety kręcą globem. Maszt Fremieta z lwami u podstawy stoi. Mimika lwów wyraźnie przekonuje, że one pilnują tu wszystkiego.
Ale my już tak mamy, że gdzie nie pojedziemy to zawsze coś jest w remoncie. Jak byliśmy w Budapeszcie to nawet remontowali jezioro w Lasku Miejskim i akurat spuścili z niego wodę. To jakże miałoby być inaczej i tym razem.
Cztery rzeźby Emmanuela Fremieta – Pelikan z rybą, Struś walczący z wężem, Jeleń napadnięty przez niedźwiedzia i Koń atakowany przez lwicę – były 'nieobecne'. Zabrano je do Katowic aby poddać gruntownym pracom konserwatorskim. Rzeźby te były odlane z żeliwa w roku 1872. I chyba od tamtego czasu ani razu nie zafundowano im ich 'spa'. W przyszłym roku cała grupa rzeźb ma wrócić na swoje miejsce. Trzeba będzie znowu odwiedzić Świerklaniec.

Dopiero co zacząłem się rozpisywać, a tu życie woła. Mam nadzieję w najbliższym czasie wrócić w kolejnym wpisie do Fremieta, do Świerklańca i do samego Pałacu Kawalerów – bo i on jest godzien uwagi. Tymczasem kończę. Trochę zdjęć opublikowałem już na naszym facebook-u
Kochani, nie zostawiajmy tego zadania cmentarzom
Jakiś czas temu spotkałem się ze zmuszającą do zadumy sentencją. Brzmiała ona mniej więcej tak: „Kiedy życie dzieli tylko śmierć połączyć może” Bardzo smutne – prawda. Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, a mimo to je tu cytuję. Dlaczego? Bo tak sobie myślę, że właśnie smutek tego powiedzonka może skłonić choć niektórych do zadania mu kłamu.
A dlaczego się z nim nie zgadzam? Otóż stwierdzenie, że 'życie dzieli' jest zwalniającym nas z odpowiedzialności uogólnieniem. Życie życiem. To żywi je tworzą. Żywi łączą lub dzielą! Czyli MY wszyscy jeszcze nie pochowani!
Gdyby teraz zmodyfikować porzekadło, to musiałoby ono brzmieć np. tak: „Kiedy my się odizolujemy... . No właśnie co wtedy? Wtedy czekać na śmierć? Jak nic nie zrobimy, żeby się ponownie zbliżyć to jakoś tak to będzie. Pewnie w jakiś deszczowy dzień po wewnętrznej walce: 'Jechać? Nie jechać?' z kłębowiskiem ponurych myśli staniemy obok kiedyś nam bliskich osób i pożegnamy inną kiedyś nam bliską osobę. Osobę teraz już zwolnioną z wszelkiej odpowiedzialności. Hiszpanie o ofiarach śmiertelnych mówią: 'baja' – zwolniony (np. número de baja – liczba zabitych, dosłownie 'zwolnionych'). Ciekawe ujęcie kwestii śmierci. Zmarli są zwolnieni. Tego samego zwrotu Hiszpanie używają do 'zwolniony z pracy'. Ale wracając do naszej sentencji – pamiętajmy – umarli są zwolnieni, my nie! Oczywiście mamy wolną wolę. Jest to nasz przywilej ale i odpowiedzialność. Odpowiedzialność przed samym sobą.
Pomyślmy – stanąć kiedyś przed koniecznością spotkania się po latach z bliskimi, bo trzeba przybyć na pogrzeb. „Tylko śmierć połączyć może”? Nie lepiej zawczasu spotkać się z nimi w bardziej sprzyjających okolicznościach i tylko wśród żywych?
Buntując się powtarzam sobie jako wątpliwość: „Tylko śmierć połączyć może”? To prawda, że jesteśmy niewolnikami śmierci i kiedyś nas ona przemoże. Ale poco oddawać jej władzę przedwcześnie. Żyjemy – jesteśmy niedoskonali więc tworzymy podziały. Pamiętajmy jednak, że żyjemy jako stworzeni na obraz Boży i wszystkie błędy możemy przykrywać miłością. Do tego właśnie warto wykorzystywać wolną wolę.
Tak więc: „Kiedy życie dzieli, pamiętaj miłość łączyć może”. Kochani, nie zostawiajmy tego zadania cmentarzom.
Mieniak strużnik na mojej lunecie
Zawsze powtarzam, że zwierzęta obserwują nas baczniej niż my je. Dzisiaj też się to sprawdziło. Najwyraźniej moja luneta zaciekawiła tego motyla (ze zdjęć). Jest to Mieniak strużnik (Apatura ilia). Śliczny motyl - wierzch skrzydeł ma ciekawy wzór i prześlicznie się mieni od głębokiego niebieskiego po nocny granat. Niestety nie pozwolił mi zrobić zdjęcia, które by to ukazało. Za to na dzisiejszych zdjęciach mamy nieźle zaprezentowaną 'trąbę' :)
https://www.designerofdreams.pl/blog.html?start=418#sigProGalleriae117c76193
Gąsiorek - kolejne spotkanie
Dzisiaj ponownie, w tym samym miejscu co ostatnio spotkałem rzeźnika Gąsiorka.
Tym razem mogłem mu się przyjrzeć bliżej. Szczerze mówiąc najpierw go spłoszyłem. Teraz miałem już pewność, że czatuje właśnie w tym miejscu. No to i ja przyczaiłem się na niego. Nie musiałem długo czekać. Po krótkiej chwili robiłem już zdjęcia. Teraz byłem bliżej i miałem lepsze światło niż ostatnio. Tak więc nasz Rzeźnik został uwieczniony dzisiaj staranniej. Na dzisiejszych zdjęciach dużo lepiej widać jego bandyckie cechy. Jego szpony są zaokrąglone jak sierpy. I ten haczykowaty dziób. Wyposażenie drapieżcy. A przecież jest niewiele większy od wróbli.
Kiedy wspominałem o nim pierwszy raz, z trzy tygonie temu, pisałem o jego zwyczaju tworzenia 'spiżarni' - nadziewania swych większych ofiar na ciernie. Niestety na ten swoisty magazyn nadal się nie natknąłem.
Wszystko przed nami.
A teraz zapraszam do Galerii fotografii ptaków. Gdyby mi się w końcu udało sfotografować tą 'spiżarnie' to w jakiej kategorii ją wtedy opublikować? W 'Ptaki' bo to spiżarnia ptaka, czy w 'Płazy' jakby to była jakaś żaba - trup? :)
Madame Batterfly pomaga mi w stolarni

Chcę abyście wiedzieli, iż każda kolejna praca w drewnie to wielkie wydarzenie. To jak zawieranie ciekawej znajomości. Każdy klocek drewna w swej niepowtarzalności słojów, kolorystyki i poskręcań jest jak intrygująca książka. Zanim go potnę na deseczki czy zdecyduję o innym zastosowaniu dla niego, pochylam się nad nim na dłuższą chwilę. Obracam go z boku na bok i dokładnie przeglądam. 'Czytam' go. Przygotowanie do każdego większego projektu to niejako 'przeczytanie' potrzebnego do tego projektu drewna 'od deski do deski'. I już na tym etapie, w tym preludium tworzenia przyszłych antyków jest niezwykła poezja.
Gdy już wiem co chcę tworzyć uwalniam głośno coś podniosłego, na przykład Pucciniego i zaczynam ciąć czy dłutować. Muzyka znieczula cięcia, amortyzuje ciosy i przepełnia uczuciami. A ja przemawiam do obrabianego klocka czy deski. Przekonuję, że to tylko zmiana image. Że właśnie wspólnie bierzemy udział w metamorfozie. Że uczestniczymy w wielkiej sprawie. Tworzymy historię zmieniając piękne w niezwykłe. Że wsłuchując się w marzenia zaczynamy burzliwy romans.
Scenariusz większości tych miłostek jest podobny. Najpierw jakiś pomysł jak iskierka Obietnica. Potem ochranianie tej iskierki by nie zgasła – pisanie o niej, jakieś szkice i rysunki. Czasami rozmowy z przyjaciółmi. Następnie ten etap, który przed chwilą opisałem. Trochę z sobą walczymy, dużo pertraktujemy. I tak właśnie tworzymy! A potem gdy jesteśmy już zmęczeni musimy się na trochę rozstać i odpocząć. Ten okres trwa różnie. Zazwyczaj tylko dzień, czy tydzień. W kilku wypadkach jednak trwał kilka lat. W dwóch trwa od kilku lat nadal. Ale to są wyjątki. W większości wypadków, znów przesycam powietrze harmonią wielkich oper i tańczymy dalej. W końcu docieramy do tego aktu, w którym mamy już za sobą uderzenia i cięcia. Teraz zatapiamy się w kołyszący rytm szlifowania, gładzenia i polerowania. Pieścimy detale i wydobywamy szczegóły. Drewno już tylko się poddaje swojemu spa. Już jest tylko wdzięczne. W ten czas nakładam na nie olejek albo wosk, czasami jakiś lakier. Stawiam przed sobą i podziwiam! I albo kocham już na wieki, albo odkładam w zapomnienie pocieszając siebie samego, że akurat ta lektura to tylko jedna z kartek w rozdziale 'Doświadczenie'.
Wiem dobrze, że ten romans mnie nie zawiedzie. Powstaje jednak pytanie czy mnie na niego stać? Miłostki są przecież takie kosztowne. Móc sobie na nie pozwolić to istny luksus. Ale na szczęście wielcy i wrażliwi kochają luksus. A uwzględniając, zupełnie na poważnie fakt, że od dwudziestu paru lat jestem szczęśliwie żonaty, nie zamierzam tworzyć haremu. Kiedy więc kolejną piękność uwolnię z poskręcanych sęków, to nacieszę nią oko i jak mentor ucznia, oddam ją światu. Jeżeli będę ją kochał oddam drogo. Jeżeli nie, sprzedam okazyjnie. Jeśli pokocha ją też moja żona pozostawię ją w służbie u nas. Wtedy taka uprzywilejowana będzie mogła słuchać oper śpiewanych kolejnym rodzącym się ślicznotkom. I gdy kolejne będą odsyłane, będzie życzliwie im życzyła aby dostąpiły kiedyś tytułu 'antyk'. Żeby jako matrony wielu pokoleń swym pięknem przekonywały wszystkich, że życie ma sens i smak.
Dlatego chcę tworzyć w drewnie już nie tylko 'przy okazji'. Chcę być w tym profesjonalistą. Chcę aby moje muzy gdy drewno użyczy im swego pięknego ciała, gdy najpierw walcząc, potem pieszcząc wpasuję je w jego słoje... Chcę by wtedy moje muzy pachniały swym cedrem i historią domów, które je nabędą.
Tak więc kolejne i kolejne razy pozwólmy Madame Batterfly by śpiewała w stolarni. By pomogła swymi uczuciami tchnąć życie w drewniane kloce. By przy śpiewie rodziła się sztuka. Wspólnie rzeźbmy marzenia i twórzmy historię.Unikajmy życia płytko. Kreując żyjmy pięknie.
Dodatkowe informacje
- data piątek, 07 czerwiec 2013
- wstęp Każda kolejna praca w drewnie to wielkie wydarzenie.
Media
Zmiana lokatorów

Na koniec kwietnia opublikowałem zdjęcia kowalików i filmik jak to pani Kowalik krząta się robiąc porządki przed składaniem jaj. Rozbudziłem w sobie nadzieję, że będę mógł obserwować wysiadywanie i wylęg młodych. Trochę dalej niż 2 tygodnie temu byłem zobaczyć co słychać u Kowalików. Niestety mimo że obserwowałem dziuplę prawie godzinę – nic się nie działo – pustka.
Byłem tam znowu wczoraj. I tu niespodzianka. W dziupli już krzyczą młode. Rodzice uwijają się jak mogą przynosząc po kilka przysmaków naraz – pełen dziób każdy i to mniej więcej co 10 minut. A maleństwa jak tylko rodzice odlatują podnoszą krzyk, że mało, że chcą jeszcze.
Ale uwaga! Dziuplę zasiedliła rodzina szpaków! To się od czasu do czasu zdarza. Kowaliki mają nawet zwyczaj zabudowywać część otworu dziupli aby temu zapobiec. Te 'moje' widocznie nie zdążyły. Miejmy nadzieję, że zdołały jeszcze znaleźć nowe lokum i tam się urządzić.
Wracając do szpaków. Z ziemi nie widać młodych ale nie ma żadnych wątpliwości, że tam są. Wyraźnie je słychać. Rodzice – wspólnie karmiący maleństwa – też robią niemało hałasu za każdym razem, gdy przylatują z nowym prowiantem. A pisklaki drą się wniebogłosy zaraz po odlocie rodziców.
W związku z tym, że dorosłe ptaki pokwikują gdy na nowo przylecą, nie musiałem ciągle być wpatrzony w dziuple. Mogłem zająć się fauną naziemną i tylko nasłuchiwać powrotu szpaków z prowiantem. Jak widać na poniższych zdjęciach przysmaków nie brakuje :).
![]() |
Tak więc teraz czekamy na moment kiedy pokażą się maluchy. Pisklęta osiągają zdolność do lotu około 3 tygodni po wykluciu. I powinny chętnie 'pozować', gdyż na początku trzymają się jeszcze blisko rodzinnej dziupli i są dalej dokarmiane przez rodziców.





Designer of Dreams